Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wyprawy

2008.12.08-14 Żyć jak 1000 lat temu – Wolin

Zdjęcia z wyprawy znajdują się tutaj.

Opis projektu wg Fiolnira z Eisen Ruoth

1. Pogoda i warunki kwaterunku. Spaliśmy (ja, Sulik, Leif i Lutek) w chacie farbiarki. Chopaki woleli na podwyższeniu łóżkowym, ja stwierdziłem, że to zbyt proste więc się walnąłem pod stołem na klepisku glinianym. Pogoda była przaśna, mróz występował praktycznie tylko nocami, dzionki nie były zbyt pogodne, jednak było praktycznie bezwietrznie. To co najbardziej się dawało we znaki to chyba wilgoć, momentami przemieniające się w mgłę do krojenia nożem. Ale ogólnie było spoko. Legowisko moje składało sie z filcowej karimatki grubości ok 2-3 mm. Na początku jeszcze sobie pod zadzio podkładałem moją skórzaną tunikę, ale potem z tego zrezygnowałem stwierdzając że nie zmienia to zupełnie właściwości legowiska. Jak zwykle spałem w skarpetach wełnianych i filcowych wkładając nogo do mego śpiworoplecaka skórzanego dzięki czemu nie zmarzłem ani razu. Na głowie miałem kaptur, pa sobie zwykle koszulę lnianą, tunikę wełnianą i wełniane portki, przykrywałem się płaszczem dwuwarstwowym i jednowarstwowym. Oznacza to wprost, ze w porównaniu z zeszłym rokiem zrezygnowałem ze znacznej części przyodziewku, ani razu nie założyłem np. rękawiczek, ani razu nie zmarzłem. Największe zaskoczenie spotkało mnie gdy pewnej nocy wstałem za potrzebą i ku memu zdumieniu na zewnątrz wlazłem prosto w świeży śnieg. Ogólnie noce najbardziej odczuwałem na twarzy. Co się tyczy chaty, jej włąściwości były na pewno lepsze niż tej w której spaliśmy w roku zeszłym gdzięki temu głównie że była mniejsza i trochę lepiej uszczelniona, ale bez rewelacji.

2. Warsztaty. Przyjechałem na Wolin z myślą o szyciu dużo i namiętnie :P No i szyłęm przez pierwsze dwa dni całkiem sporo, potem uznałem, że za dużo się dzieje i ze resztę skończe sobie po powrocie. Udało mi się dokończyć robienie skrzynki drewnianej dzięki pomocy Wojtka, za co mu wielki dzięki. ZOrganizowałem warsztaty rozpalania ognia metodą łukową i ku memu zdumieniu zdolności uczniów zdecydowanie przerosły mistrza w tym względzie, za co wam sława bo naprawde byłem pod wrażeniem Mi nauczenie się metody zajęło dzień :P Nauczyłem sie oprawiać ryby, z czym wczesniej nie miałem do czynienia. Wiem już jak poradzić sobie z wolińską sauną a jest to wiedza tajemna na tyle że czuję się z nią jak mason :P Dzięki serdecznie Ivanie za cierpliwość przy kowadle dzięki czemu wyjechałem z Wolina bogatszy o nóż i 2 kute fibule (tak!!! ta zaginiona oczywiście się znalazła i oczywiście leżała na widoku przy kowadle, zaraz obok co zdecydowanie dowodzi iż Kuźnię zamieszkują skrzaty!!!!). Porównując fibule pierwszą z kolejnymi widzę wyraźnie jak ogromny postęp w dziedzinie kucia zrobiłem. Wykucie noża zajęło mi niewiele ponad godzinę. Dzięki ci Vislavie za demonstrację ściegu do przyszywania podeszw, bardzo mi się ta umiejętność przyda oraz dla Pana Hedina za pomoc w wykonaniu flecika. Ogólnie rzecz ujmując, dało radę nauczyć się więcej ale i tak warsztaty uważam za udane całkowicie.

3. Jadło i napitek. Jedząc postanowiłem zrezygnować z miski i pomysł mój okazał się całkowicie możliwy do zrealizowania. Żywiłem się głównie chlebem z serem na śniadanie i do przegryzania. Nie wiem co Lewy dodał „od siebie” do tego twarożku ale był smakowity. Na pewno był tam ser kozi, twaróg, śmietana, czosnek. Normalnie niebo w gębie. Do tego oczywiście wędzone ryby, choć dużo mniej niż przed rokiem, wieczorkiem kebab czyli wieprzowinka opiekana nad ogniem w chlebku, trochę kiełbasy, trochę jogurtu, raz pieczony sandacz (niebo w gębie!!!), raz jajecznica na polędwiczce (w owarzystwie spalonych filcowych skarpet) ogólnie wikt i opierunek jak się patrzy :D Co się tyczy napitku. Jasnym jest iż woda we wczesnym średniowieczu nie była pita aż tak powszechnie jak obecnie, a to dlatego że jej picie zwłąszcza bez przegotowania nie było zbyt bezpieczne. Stąd trzeba było posługiwać się zamiennikami. Piwa i wina było wbród, dzieki serdecznie Dentyście za jego krzepiące domowej roboty piwko, a Tomicowi za zaznajomienie mnie z mołdawskim winem Kagor kóre wszystkim polecam bo jest niesamowite :D

4. Inne. Co do higieny – sauna czarna jak już wyszłą okazała się jak zwykle przeżyciem fantastycznym. Pozostaje czekać aż sulik zamieści dokumentację fotograficzną najbardziej historycznego stroju znanego człowiekowi :P Pomijając saunę miałem projekt spróbować się umyść śniegiem z czego oczywiście nic nie wyszło bo nie było śniegu. Zasadniczo higieny za wiele nie było, choć przyznam szczrze iż eksperymentalnie udało mi się udowodnić iż podcieranie się filcem jest skutczniejsze niż używanie w tym celu współczesnego papieru. Niesie też intrygujące doznania i emocje :P Ogólnie o stanie higieny w całokształcie najlepiej mówi fakt iż po powrocie aby mnij wiecej pozbyć się brudu i zapachu spędziłem w wannie 2 h i nigdy nie widziałem aż tak czarnej wody XD Co do logistyki. Miałem plan zabrać się ze wszystkim w plecak 60 l ale po przemyśleniu sprawy i tak zabrałem 120 aby zmieścić skrzynkę i rzeczy do szycia (4 suknie, płaszcz i kaptur), jeśli do tego doliczy się iż praktycznie nie użyłem skórzni, skórzanego kaptura, rękawiczek ani jednej wełnianej tuniki to wyjdzie na to, ze spokojnie bym się w 60 l zmieścił, choć oczywiście bym mógł tego żałować gdyby pogoda okazała się bardziej zimowa

 

Opis projektu wg Leifa z Czarnego Węża

Sława wszystkim!
rojekt sam w sobie jest świetnym pomysłem, bardzo wiele praktycznej wiedzy i umiejętności posiadłem podczas pobytu w skansenie.

Warunki pogodowe od soboty do czwartku (6 – 11.12.2008) były bardzo dobre. Temperatura przez całą dobę utrzymywała się powyżej zera. Momentami padał drobny deszcz raz natomiast popadał deszcz ze śniegiem, przez cały czas utrzymywała się duża wilgotność powietrza. Wszystko to sprawiło że grunt był przemoczony i tworzyło się błotko. Wiatr słaby bardzo rzadko dawał o sobie znać.

Warunki te nie przeszkadzały w prowadzeniu codziennych prac oraz warsztatów, jedynym czynnikiem który nas ograniczał był krótki dzień. Ale i to bardzo dobrze zobrazowało kolejny problem ludzi żyjących tysiąc lat temu.

Noce nie były zbyt chłodne i spokojnie przesypiałem je w wełnianym śpiworze z wierzchu okryty dodatkowo płaszczem.

Przez cały czas trwania projektu ubrany byłem w tunikę wełnianą i kaptur oraz wełniane spodnie z owijaczami. Nogi w skarpetach wełnianych i niskich dobrze zabezpieczonych przed przesiąkaniem butach. Wszystko to w zupełności starczało aby w tych warunkach bytować za dnia.

Projekt był doskonałą okazją sprawdzenia swojego sprzętu i ubioru oraz wyłapania braków które uzupełnić należy. Przede wszystkim postanowiłem uszyć sobie filcowe onuce które zastępować będą skarpety podczas snu. Druga ważna obserwacja dotyczy kaptura który jednak jest zbyt luźny i nieco przeszkadzał przy zajęciach codziennych – doskonale sprawdzając się za to podczas snu. Absolutnie przekonałem się do tego jak ważne jest dobre zabezpieczenie butów przed przesiąkaniem.

Cały czas mieliśmy dostęp do półproduktów w spiżarni takich jak – ser, mleko, mięso, powidła, pieczywo, masło, śmietana, cebula, czosnek, kasza itp. Nikt głodny nie chodził a ponadto Wislaw przygotowywał ciągle ciepłe potrawy które rozgrzewały nas wszystkich i skupiały w jego chacie:) Wśród ciepłych dań które należy przypomnieć znajdowały się: Zupa rybna – smakowała mi naprawdę bardzo, choć osobiście za rybami nie przepadam a do zupy rybnej miałem uraz, w wykonaniu Wislawa naprawdę mi smakowało i chyba się przekonałem do tego dania. Sami z resztą mieliśmy okazje sprawiania, patroszenia i przygotowywania świeżych ryb, co dawało dodatkową satysfakcje podczas konsumpcji. Wędziliśmy również Leszcze oraz mięso wieprzowe w przygotowanej uprzednio wędzarni. Kto miał ochotę mógł pomóc przy porcjowaniu półtuszy wieprzowej na bazie której powstało następnych kilka posiłków min. kapuśniak z kapusty którą przygotowano dnia pierwszego.

Jeśli chodzi o kuchnie naprawdę niczego nie brakowało. Osobiście wieczorami uzupełniałem sobie dietę o suszone owoce i orzechy.

Musze oczywiście wspomnieć o warsztatach. Nauczyłem się nareszcie rozpalać ognisko za pomocą krzesiwa oraz poznałem teoretyczne zasady przygotowywania przepalonego lnu. Poznałem sposoby barwienia nici wełnianych naturalnymi metodami. Dzięki cierpliwości pana Janka poznałem tajniki darcia desek oraz ich obróbki. Sam od podstaw wykonałem 3 takie deski po czym przy pomocy ciosła i ośnika wygładziłem je tak że teraz jak tylko wyschną będą gotowym półproduktem. Posiadłem wiedzę na temat wytwarzania sznurków – jeden służy mi teraz jako ozdobne przepasanie. Wyrabiałem filc z wyczesanej wcześniej wełny owczej. Trochę mi zbrakło przy tym zajęciu cierpliwości jednak zasady znam :D

No i oczywiście podczas rozmów z uczestnikami wymieniłem wiele doświadczeń, zdobyłem sporo nowych.

Poznałem instrument zwany Drumlą i zacząłem na nim z zapałem grać (dzięki Wislawie!!:D)

Na koniec chciałem podziękować wszystkim uczestnikom za świetną współprace i zabawę. Organizatorom za cierpliwość i pomysł a ponadto wszystkich pozdrowić..

 

Opis projektu wg Vislava – Wayfarers – historyczni podróżnicy; Eklektyczni Koczownicy

Witam

Wreszcie przyszedł czas na mnie. Korzystając z dłuższego urlopu jeszcze przez tydzień odpoczywałem od netu

Przede wszystkim dziękuję wszystkim uczestnikom za przyjazd, udział, dobre samopoczucie i zaangażowanie. Kolejne warsztaty mimo, że nie wszystko udało się zrealizować – uważam za bardzo udane. Jedyne co nie dopisało to pogoda, stanowczo za mało, śniegu i mrozu – większość czasu przechodziłem w krótkim rękawie. Również nocami nie odczuwałem chłodu – mimo że chałupa z której korzystałem prawie nie ogrzewa się od ognia na palenisku.

Jak sądzę, każdy z nas skorzystał z uczestnictwa ucząc zarówno siebie i innych. Ja dzięki pomocy Hedina opanowałem podstawy wykonywania z dostępnych materiałów rożnego rodzaju fletów i piszczałek. Teraz pozostaje doskonalenie umiejętności – dziękuje bardzo. Mimo różnych zajęć udało mi się wykonać korpus „harfy scytyjskiej” z użyciem ciosła i dłuta.

Osobne podziękowania dla Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie – Agnieszka, Andrzej i Wojtek, oraz Janek (dobry duch ciosła) byli bardzo pomocni w naszych działaniach.

Ci co nie dojechali z mniej lub bardziej ważnych przyczyn, niech żałują. Przede wszystkim szkoda mi jest grupy z Kaliningradu – walczyli do ostatniej chwili o wizy, niestety bez sukcesu.

Kolejna edycja tego projektu odbędzie się w grudniu przyszłego roku. Tym razem znacznie większy nacisk położymy na kuchnię i technologię przygotowania żywności od podstaw. M.innymi będą żywe zwierzaki, co w porównaniu z flądrami z poprzedniego projektu jest dużo większym wyzwaniem.

Wcześniej, bo już na przełomie kwietnia i maja (Beltan) odbędą się kolejne warsztaty w skansenie: praca w drewnie, ceramika, wyplatanie koszy z korzeni i co najważniejsze budowa łodzi rzecznej o długości ok. 5 metrów. W styczniu 2009 podam dokładniejszy program.

Mścidróg – wątek budowy chaty przewija się rzeczywiście przez obie edycje projektu. Są to jednak fragmentaryczne działania związane z aktualnymi pracami w skansenie – stale coś się buduje. Zapoznanie się z całością prac od podstaw, aż do postawienia wiechy wymagałoby indywidualnego projektu skoordynowanego z cyklem prac w skansenie. Trzyosobowej grupie cieśli (Walerka i pozostali) budowa chaty zajmuje około dwa tygodnie intensywnej pracy od poranku do zmierzchu. Jeżeli ktokolwiek jest poważnie zainteresowany nauką, mogę pomóc w uczestnictwie. Ze względu na krótki czas budowy cieśle używają również współczesnych narzędzi, jednak wiele prac jest prowadzonych za pomocą prostych narzędzi ciesielskich i z pewnością można się bardzo dużo nauczyć. Obejmuje to również położenie „profesjonalnego” dachu z trzciny.

2008.08.29-31 Zwiadowcy nad Bugiem

Zdjęcia z wyprawy znajdują się tutaj.

Opis wyprawy wg Fiolnira z Eisen Ruoth

Ktoś zacząć musi, więc będę to ja :P Już na wstępie powiedziec muszę, że wyprawa udała się znakomicie – pogoda dopisała – nie było ani patelni, ani przesadnie silnego wiatru (wiała cały czas bardzo przyjemna bryza), nie było deszczu, za to często słoneczko kryło się za chmurami no i nie padało. jednym słowem majóweczka Idealnie wędruje się w takich warunkach. Odpoczywa zresztą również, dlatego ze względu na długość trasy i obecną długość dnia bez zbytecznego napinania się udało nam się wszędzie być planowo mimo dość częstych postojów. Postoje wynikały w większości z tej prostej przyczyny, że tempo osobiste każdego z członków ekspedycji było inne – ja lubię chodzić sprintem, część ludzi nie więc jak się wybijałem na pół kilometra w przód to trzeba było czekać W kazdym razie nasza majówka sprawiła, że wróciłem z wyprawy… wypoczety. Serio mówię – ani nie bolą mnie ramiona ani nie bolą mnie stopy. Dla porównania – po wyprawie lutowej gdzie trzeba było iść szybko z uwagi na długość trasy i długość dnia, przez dwa dni prawie nie mogłem nogami ruszać. Może to być też zasługa tego, że po ostatnich dietach zrobiłem się sporo lżejszy przy okazji podnosząc sprawność przez ćwiczenia. Nie wiadomo – ale fakt jest faktem, że taki szcześliwy nie czułem sie dawno Tedzy dzięki serdeczne dla organizacji i wszystkich uczestników – kompanija była nad wyraz zacna. OK – czas na wrażenia dotyczące sprzętu itd. Okazało się, że tym razem idealnie wręcz wbiłem się ze sprzętem w napotkane warunki. Podczas marszu miałem na grzbiecie jeno lnianą koszulę i kaptur skórzany (którego kołnierz zapobiegał obtarciom od pasków plecaka) oraz lniane portki, wszystko to przepasane procą i paskiem z przywieszonymi 2 nożami. W ręce niosłem kociołek w którym niosłem też bukłak. Kociołek okazał się nieprzydatny – okazało się, że Rudzi przynieśli ze sobą pszenicę na słodko – z miodem, owocami itd. Problem był nawet ze zjedzeniem tej pszenicy. Z tego też powodu zbędne okazały się kasza i mąka – dobra nauczka na przyszłość. Co dalej? Buty – wytrzymały wzorowo. Dodam tutaj, że mam zwyczaj maszerować w takich warunkach raczej bez skarpet – moje stopy zniosły to wzorowo. Więcej nawet – w ramach eksperymentatorstwa ok 8 km trasy przeszedłem na bosaka. Co prawda mam stopy dość twarde i zaprawione, ale mimo wszystko zaskoczenie moje było niemale, gdy okazało się, ze marsz na bosaka nie tylko że jest szybszy, ale na dodatek dużo przyjemniejszy i wręcz na długich dystansach rozluźnia stopy w zupełnie niesamowity sposób. Teraz żałuję, ze nie szedłem na bosaka od początku trasy, zwłąszcza, że przez piękne tereny nadbużańskie szliśmy właściwie cały czas po zieloniutkiej świeżej trawce, a dnia drugiego już tak mocno wyżyć się nie mogłem – było psoro odcinków po asfalcie i po niewzbudzającym zaufania piachu w okolicy ludzkich sadyb. Kto nie próbował – temu polecam. Moje doświadczenia pokazują, ze ten podziw jaki czasem słyszy się dla naszych przodków biegajacych na bosaka może być deczko bezpodstawny – ciekawym pomysłem będzie zorganizowanie wyprawy całkowicie na bosaka – rzecz do przemyślenia. Rzecz kolejna – na trasę wyruszyłem bez jakiejkolwiek karimaty czy skóry na posłąnie. Na nocleg rozłożyliśmy się kilka metrów zaledwie od bużańskiego starorzecza co powodowało, ze było dość wilgotnie, jednak w tamtej okolicy i tak jest to nie do uniknięcia, a tak przynajmniej mieliśmy blisko wodę i ładne widoczki. W każdym razie na noc założyłem cieniutką wełnianą tunikę, wełniane skarpety na stopy i skórznię. Wlazłem do swego skórzanego worko-śpiwora, zarzuciłem kaptur na głowę, przykryłem się kocem. Wczesniej przygotowałem sobie posłanie od dołu izolując je trzciną a na górę wrzucając gałęzie wierzbowe i różne insze. Noc była mroźna (para z ust szła już kilka godzin po zachodzie) i przepiękna – dawno nie widziałem tylu gwiazd i tak czyściutkiego nieba, nad ranem jeszcze dodoatkowo dowaliła nam rosa ktora nic sobie nie robiła nawet z tego że osadza się na moich wąsach W każdym razie – wyspałem się jak niemowlaczek, największym mankamentem okazało się to, ze w nocy przez przypadek walnąłem się na worku z kaszą trochę mnie to wygniotło Nie zmarzłem – temperatura do snu jak dla mnie była idealna (ale ja jestem zaprawiony – codziennie biorę zimny prysznic i śpię nabo przy otwartym balkonie na codzień). Obudziło mnie dopiero słońce dające ostro po oczach gdy wzeszło powyżej linii drzew w zagajniku. Jako, że teraz mówić winienem o śniadaniu powiem conieco o jedzeniu. Zabrałem ze sobą polską surową kiełbasę suszoną – 4 laski, kabanosy z dzika – jakieś 7 sztuk i mały chleb razowy pieczony w 100% tradycyjnie – została mi jeszcze jedna laska kiełbasy surowej więc jedzenia zabrałem tyle ile było potrzeba. Po drodze dietę uzupełniłem jeżynami i znalezionymi jabłkami. Wody zabrałem 3 litry, do tego po drodze wypiliśmy po kilka piw – dzienne spożycie płynów było więc na poziomie ok 3 litrów właśnie. Co warto podkreślić na sam koniec naszych rozważań – trasa dnia pierwszego i trasa dnia drugiego miały zupełnie inną specyfikę – pierwszy dzień to był marsz otwartym terenem, głównie wałami dość blisko Bugu, marsz dnia drugiego odbywał się w większości przez las. Po drodze kika azy zabawialiśmy się strzelaniem z procy. Jeden jedyny mankament całej tej pięknej trasy to ludzie… rzecz niestety nie do uniknięcia ale nie spodziewałem się że aż tylu spotkamy. Zwłaszcza dnia drugiego na pewnych leśnych ocinakach miało się wrażenie spaceru przy sporej szosie – samochody pojawiały się co jakieś 5 minut… No ale trudno – jak by było idealnie to by się nam mogło w d… poprzewracać i dopiero by było a resztę powiedzą wam zdjęcia

 

Opis wyprawy wg Radosha ze Zwiadu Kniazia Jarosława

Sława wszystkim!
Wreszcie i ja mam chwilę by zdać relację z wyprawy.
Po pierwsze bogowie wszelacy i żywioły obdarowały nas najlepszą do tego typu przedsięwzięć pogodą. mówiąc szczerze w przeddzień wyjścia, kiedy to cały dzień padało/siąpiło czarno widziałem naszą wędrówkę. Tymczasem przez całą sobotę pokropiło zaledwie z 10 minut. I choć zaliczyliśmy chyba pełną gamę stanów nieba od pełnego słońca do zupełnego zachmurzenia to chłodne jesienne powietrze i przyjemny wiatr uczyniły wędrówkę łatwiejszą.
Noc choć pogodna okazała się niezwykle zimną. Na moje wyczucie obozując nad brzegiem rzeki mieliśmy z pięć stopni Celsjusza. Do tego dochodzi niesamowita wilgoć – o świcie mój płaszcz można było dosłownie wyżymać. Do fiolnirowego opisu piękna rozgwieżdżonego nieba dodałbym jeszcze podnoszące się o świtaniu mgły, rzucające się rybska i głosy ptaków. Drugi dzień również podpasował nam idealnie – większość trasy biegła przez las co przy pełnym słońcu i wysokiej temperaturze jest ogromnym plusem.
Odnośnie sprzętu – zdecydowałem się jeszcze narzucić lnianą tunikę i była to trafiona decyzja – przez oba dni wędrówki dwie warstwy lnu zapewniały mi pełen komfort termiczny. na noc wystarczyły mi dwie warstwy wełny (tunika i kaftan), kaptur wełniany z lnianą podszewką i obszerny wełniany płaszcz. Filcową karimatę położyłem na posłaniu z trzcin oraz wierzbowych gałązek co doskonale izolowało od podłoża. Żarcia wzięliśmy zdecydowanie za dużo. Główna w tym zasługa Olof, która przygotowała niesamowicie sycący i bardzo smaczny przysmak podróżny o którym mam nadzieję więcej opowie.
O spożyciu płynów Fiolnir już pisał więc nie będę się powtarzał.
Bardzo miłą niespodzianką była natomiast dla mnie doskonała ekipa, której ogromnie dziękuję. Nie staraliśmy się iść na siłę jakimś sztucznie narzuconym tempem, w naturalny sposób się „rozciągaliśmy” choć cały czas szliśmy razem.
Klasa współwędrowców najlepiej wyszła pod wieczór, kiedy w sposób naturalny bez żadnych nawoływań razem wzięliśmy się do przygotowywania obozowiska. Rudy dziabał grubsze drewno, dziewczyny układały gałęzie, ja sciągałem w pobliże ogniska, Fiolnir je obrabiał. Wyszło to zupełnie naturalnie – po prostu każdy znalazł swoją działkę i zapychał tak jak inni.
Fiolnir z ogromną cierpliwością uczył niecić ogień… Jedynym odstępstwem od historyczności była decyzja o zaopatrzeniu się na wieczór w zoty trunek po który Sulik pruł do pobliskiej wioski.
Dzięki składam całej ekipie – konie można z Wami kraść! Co mam nadzieję niebawem uczynimy.
Z całej tej wędrówki wróciłem wypoczęty przede wszystkim psychicznie. Nie dość, że Kniaź łba nie urwie to jeszcze z naprawdę świetnymi (a nawet jednym swiętym) ludźmi przez 2 dni wędrowałem. Sława Wam i do następnej wędrówki. Może tym razem na wschód do Thorgila i jego karczmy w Drohiczynie???????????

 

Opis wyprawy wg Mileny ze Zwiadu Kniazia Jarosława

Przywilejem osoby, która jako trzecia dzieli się doświadczeniem wyprawy jest dopełnianie treścią omówionych już aspektów wspólnego przedsięwzięcia.
Jak już Radosz wstępnie zapewnił, a Fiolnir potwierdził, wyprawa była udana. Pierwszego dnia zrobiliśmy 25 km; drugiego – 20.
Szło mi się rewelacyjnie. Tuż przed wyprawą buty zostały wzmocnione na podeszwie o 5mm skóry i doskonale ochroniły stopy bez skarpet. W pewnym momencie jednak zawisły na pasku i ostatni odcinek kilku kilometrów przebyłam boso. Ku mojej radości Fiolnir zrobił to samo i już dwa niziołki podążały na nocleg.
Pod względem indywidualnego tempa marszu grupa była zróżnicowana. Dlatego też – na samym początku – w naturalny sposób podzieliliśmy się i Radosz wspierał część, która wolała iść wolniej, ja natomiast maszerowałam wśród tych, którzy wyraźnie szybciej chcieli dotrzeć do miejsca noclegu.
Pogoda nam sprzyjała, roślinność też. Grzyby same pchały się do rąk. Dzięki Rudym dowiedziałam się że rosnące nam na drodze białe bomby to jadalne purchawki; stały się zresztą częścią wspólnej strawy. Nastroje dopisywały. Dobra atmosfera jest wspólnym dziełem, za co wszystkim dziękuję.
Jedzenie. Na drogę zabrałam ze sobą 5 kabanosów i 3 surowe marchewki. Aż nadto wystarczyło. Byłam wręcz przejedzona, bo na postojach dopychałam a to chlebem krasnoludów a to rodzynkami czy orzechami z Radoszowej torby.
Na 2 dni wzięłam 3 litry wody. I jak na mnie to stanowczo za dużo. Dwa litry zupełnie wystarczą. Co prawda liczyłam na to, że część wody zamieni się w parującą strawę przed snem, ale jak już Fiolnir i Radosz wspomnieli, nic z tego nie wyszło, gdyż Rudzi zrobili nam niespodziankę i wyciągnęli z kosza gar pełen przepysznej kaszy z bakaliami.
Owszem, jeszcze przed wyprawą planowaliśmy nawet piec podpłomyki, jednak przeliczyliśmy się z apetytem. Stąd niepotrzebnie tachany kociołek i dodatkowe 2kg – kaszy i mąki. Przygotowanie ogniska i opału na noc wymaga czasu. Gotowa strawa, wymagająca krótkotrwałego podgrzania w ognisku to świetny pomysł. Do wykorzystania w następnej wyprawie.
Nocleg. Dzień przed wyprawą przez Warszawę przeszły fale ulewnego deszczu. Pomimo to zdecydowaliśmy się nie brać ze sobą płachty i nocowaliśmy na sitowiu i gałęziach wierzbowych. Filc świetnie izolował. Na szczęście intuicja nas nie zawiodła, deszcz nie zagościł na naszej trasie. W ostatniej chwili zdecydowałam się do ekwipunku dorzucić jeszcze rękawiczki i wełniany prostokątny płaszcz. Posłużył do szczelnego owinięcia nóg. Dwie pary wełnianych skarpet okazały się idealnym izolatorem. I był to pierwszy nocleg bez butów. Płócienny wór sprawił się tym razem bardzo dobrze. Wystarczyło skrócenie pasków (dzięki Radoszu) i już inaczej rozkładał się ciężar. W porównaniu z wyprawą lutową – duża zmiana.
Pomysł z wędrowaniem do Drohiczyna bardzo mi się podoba. Można by tym razem wydłużyć trasę przynajmniej o jeden dzień. Radością będzie Vislavie, wędrówka z Tobą.
Pozdrawiam

 

Relacja Orma z Ydalir Laget/Kramu Rudych

Czas, żebyśmy i my się wypowiedzieli :-)
Ponieważ o tym, że było fajnie, że ludzie, że klimat, że okolica – pisali już moi współtowarzysze drogi, ja tylko napiszę kilka słów o moim sprzęcie, jedzeniu etc – i jak się sprawdziły :-)

1. Sprzęt
- buty + skarpetki – buty od Borana idealnie się sprawdzały, zaprawione przed wyjściem łojem z woskiem w zasadzie nie przemakały nawet w rosie
- kosz wiklinowy – testowany wcześniej z mniejszym załadunkiem (oraz z większym na trasie dom-PKP ) – jest bardzo dobry, ale muszę poszerzyć paski i dodać filcowe podkładki – wtedy będzie idealny. Stwierdzam, że warto tez wrzucić sobie wełniany kaptur – nawet jak jest ciepło – na ramiona, żeby nie obcierało.
- sprzętu wzięliśmy troszkę za wiele jak na taka pogodę – nastawialiśmy się na dużo gorszą – ale gdyby pogoda sie pogorszyła byliśmy przygotowani :-)
- spodnie wełniane wąskie zdecydowanie lepiej sie sprawują podczas wędrówki w ciepłe dni niż bryczesy – za to bryczesy założone na noc świetnie grzały nereczki
- na noc rozłożyliśmy nad legowiskiem wiatkę z cienkiej, lekkiej i nieco „kudłatej” wełny – spaliśmy od strony wody – zebrała całą rosę na siebie, a rzeczy pozostały suche.
Jakoś nigdy nie wpadliśmy na to, żeby taką osłonę zrobić na różnych wcześniejszych cywilnych wypadach, stosowaliśmy tylko osłonę w przypadku ewidentnego deszczu – trzeba będzie także zastosować.

2. Papu
- woda – 2 bukłaki, razem 3 litry – w sam raz, należy oczywiście dodać do tego różne zrywane po drodze jabłka, jeżyny, i inne zawierające wodę owoce
- ilość żarełka – ok, dobrym pomysłem było także przygotować coś prawie gotowego tylko do podgrzania
- suchary („chleb krasnoludów”) były obleśne ale sycące :D Ale w końcu krasnoludy nie należą do wybrednych, przynajmniej nie te z Pratchetta
Aha – po dwóch dniach noszenia kosza ani trochę nie bolały mnie plecy, a zazwyczaj, przy mojej pracy, bolą codziennie :-)

I jeszcze co do purchawek – purchawka olbrzymia jest bardzo smaczna, zebraliśmy kawałki zniszczonej przez kogoś (musiał przechodzić chwile wcześniej, bo była jeszcze świeżutka – może ludzie Masława? :D) i już w domu Radosza zjedliśmy z nią jajecznicę.
Znaleźliśmy o wiele więcej tych pięknych i nie tak często występujących grzybów i uwieczniliśmy na zdjęciach :-) Ta purchawka jest chroniona, niestety mnóstwo ludzi widząc białe coś wielkości piłki do nogi bezmyślnie je kopie

 

Relacja Olof z Ydalir Laget/Kramu Rudych

a pierwszego dnia szłam sobie na końcu stawki, jako że się spieszyć nie lubię, a i po niedawnej kontuzji stopy wolałam się już na początku nie forsować – żeby przypadkiem się ała nie odnowiło i nie wykluczyło mnie z dalszego wędrowania :-)
Drugiego dnia jak zauważyłam tempo uczestników się wyrównało i szliśmy większość odcinków w miarę zwartą grupą – no może z Fiolnirem w awangardzie :D

W zasadzie cóż mogę więcej napisać – wszystko co wzięłam się przydało i sprawdziło – no może poza tym, że chyba muszę sobie uszyć jakieś reformy pod giezło, bo jednak obtarcia poważnie utrudniają chodzenie :D
Troszkę ważyło, ale akurat mój kosz-plecak od początku wyposażyłam w szerokie ramiączka, więc ciężar się ładnie rozkładał, a kaptur z grubej wełny i naturalne opakowanie eliminowały obtarcia.
W nocy kilka razy się budziłam, ale nie za sprawą zimna (choć noc faktycznie była już jesienna bardziej niż letnia) lecz wiercącego się Orma :-) Orm za to potwierdził swoją przydatność jako grzejnik, co poza płaszczem, wełnianą kiecką i wełnianymi spodniami pod kieckę bardzo się przydało Cóż, to stara prawda – w kupie cieplej :-)

Jeśli chodzi o jedzonko to wzięłam suszone mięsko w sporej ilości, prócz tego mieliśmy „obleśne” suchary i sporo przegryzaków – żurawinę, orzechy. Idąc sobie i żując to mięsko, to sucharka, to orzeszka, to coś z przemytniczej sakiewki Radosza – byliśmy syci.
Wzięliśmy też ze sobą kaszę pęczakową z bakaliami o której pisała Milena – po podgrzaniu stała się kolacją dla wszystkich, faktycznie był to dobry pomysł, bo chyba nikomu nie chciałoby się gotować czegoś od podstaw.
Będziemy tylko musieli opracować coś lżejszego do transportu owego specjału – gliniany garnek jest za ciężki, choć niewątpliwie można w nim wstawić jadło do ognia coby się podgrzało :-)

Było bardzo miło, i na poważnie i na wesoło :-) Cieszę się, że tą wprawkę udało się zrealizować, bo temat wędrówek i wypraw interesował mnie już wtedy, gdy czytałam sobie FREHA jeszcze się w odtwórstwo nie bawiąc – później potrzeba było tylko czasu na zebranie wyposażenia :-)

 

Relacja Sulika z Eisen Ruoth

No to na zakończenie ja dorzucę swoje trzy grosze:

Generalnie, tak jak już wszyscy przede mną pisali, wyprawa była udana. Pogoda dopisała a teren nie był trudny więc szło się bardzo przyjemnie. Z zadowoleniem stwierdzam, że zaraz za Fiolnirem miałem chyba najlepsze tempo z całej grupy

Teraz co do sprzętu- Przede wszystkim żałuję, że podczas pakowania zdecydowałem się zrezygnować z dodatkowej pary wełnianych spodni oraz, że nie kupiłem sobie filcowej karimaty takiej jaką mieli Radosh i Milena.
Noc z piątku na sobotę okazała się dość zimna i przez to trochę zmarzłem. Następnego dnia chodziłem strasznie niedospany i to niestety odebrało mi nieco przyjemności z wyprawy.
Plecak który przygotowałem sobie tuż przed wyjazdem sprawdził się super. Jedyną jego wadą było to, że skóra kiepsko chwyciła brązidło którym ją wcześniej pociągnąłem. Przez to trochę ubrudził mi plecy. W tej chwili pracuję nad ponownym jego zabarwieniem.
Kaptur zakupiony niedawno od Fiolnira takoż sprawdził się super. Nie tylko świetnie grzał mi głowę w nocy ale także osłaniał ramiona, dzięki czemu szelki plecaka nie wbijały mi się w nie zbyt mocno.
Skarpety wełniane niestety przetarły się. Ale to akurat dlatego, że już i tak były dość mocno zużyte. Trza je będzie zacerować.
I to chyba tyle jeśli chodzi o wyposażenie. Co do reszty sprzętu nie mam jakichś ważniejszych uwag.

Jedzenie- Na wyprawę zabrałem w sumie 12 kabanosów wieprzowych, 6 jabłek, bochen chleba i kawałek boczku (z plisnoła ). W zupełności mi to wystarczało. Kiedy wracaliśmy do Warszawy zostało mi jeszcze parę niezjedzonych kabanosów i mniej więcej ćwierć bochenka.

Branie na wyprawę butelki z wodą okazało się złym pomysłem. Piwo które kupiliśmy w paru strategicznych punktach oraz to co miałem w bukłaku w zupełności mi wystarczyło. Z butelki upiłem ledwie parę łyków więc była tylko zbędnym ciężarem.

I to będzie wsio z mojej strony. Dzięki wszystkim za wspólną wyprawę. Było miło i do następnego razu

2008.02.09-10 Wyprawa zimowa na trasie Olesin-Rynia i z powrotem

Zdjęcia z wyprawy znajdują się tutaj.

 

Opis wyprawy wg Fiolnira (1) (post z odpowiedniego tematu na FREHA)

No i po wyprawie Się udało dotrzeć tam i z powrotem. Niestety tam szło 7 osób (6 strojowych i JaNie – dokumentator + pomocnik przewodnika po cywilnemu), z powrotem poszło jedynie 3 osoby strojowe – wszyscy którzy zrezygnowali musieli to zrobić z przyczyn niedyspozycji różnego rodzaju – 2 osoby z powodu poważnego niedomagania w obrębie kończyn dolnych Do tego doszedł Fiodor który się lekko zaczadził w halli, gdzie paliliśmy dość mokrym drewnem. Ci którym udało się przejśc całą trase to ja, Milena i Radosh. Na uwagę zasługuje fakt, że udało nam się przez 2 dni utrzymać tempo marszu dość konkretne – pierwszego dnia marsz trwał około 6 h, drugiego około 5,5 h. Skąd różnica? Wynikała przede wszystkim z tego, że w pierwszą stronę szło 6 osób więc trudniej było dostosować tempo, częściej zdarzały się postoje, było kilka dłuższych np. wówczas gdy musiałem zmienić buty po tym jak poszedłem nazbierać pałki wodnej na rozpałkę i wlazłem w bagno. Drugiego dnia cel był 1 – dotrzeć do domu. Postanowiliśmy iść po swoich śladach, znaną trasą co podniosło morale i chęć do marszu. W rezultacie pierwszy postój był po mniej więcej 11 km i 2 h marszu – potem tempo z powodu zmęczenia delikatnie spadło, więcej było też postojów. Dodatkowo warto dodać pogodę – wczoraj była wyższa wilgotność oraz fakt, że zjedliśmy lekkie śniadanie – nie raz już obserwowałem, zę łatwiej się idzie po takim posiłku. Noc minęła spokojnie, wszyscy dali radę zimnu, które nie było bynajmniej mniejsze niż na zewnątrz, gdyż ogień na noc został całkowicie wygaszony – ta decyzja była spowodowana koniecznością zredukowania zadymienia i nie moż było tego nijak zrobić inaczej. Dzisiaj wymarsz był około 10:30, do Olesina udało nam się dojść kilka minut po 16 – po drodze kilka razy delikatnie się nam zdarzylo błądzić na dodatek – by było źle gdyby nie magiczna żółta skrzyneczka szamana JaNiego. Cała wyprawa odbyła się zgodnie z realiami historycznymi na tyle na ile było to możliwe – największe ustępstwa dotyczyły używania aparatów – ze zrozumiałych względów oraz piwa – co też dośc łatwo zrozumieć. Osobiście z bagażem szedłem tylko pierwsze 25 km, gdyż całą właściwie jego zawartość stanowiły rzeczy przydatne w nocy do spania, jako, że kilka osób wracało z Ryni zwyczajnie im mój plecak zostawiłem – co istotne – dużo lżejszy, gdyż pierwszego dnia maszerowałem mając na sobie skórznię, cienką tunike wełnianą i koszulę (+ spodnie, skarpetki i buty oczywiście), zaś drugiego szedłem w koszuli, 2 tunikach wełnianych, kaftanie dwuwarstwowym i z dwuwarstwowym kapturem wełnianym – reszta bez zmian. Jako dodatki drugiego dnia miałem bukłak (około 2 l) oraz kociołek mały około 3 l. OK teraz najważniejsze – jak zachowywał się sprzęt. Jako, ze miałem na sobie wyłącznie rzeczy o których przydatności wcześniej na Wolinie zimowym się przekonałem, zatem niosłem (pomijając rzeczy wcześniej wymienione) jeszcze koc (dla Gudrun), 2 płaszcze (1 dwuwarstwowy), suszone mięso (ciągle to samo które miałem na Wolinie), suszone grzyby, kiełbasę (tradycyjną), chleb (czarny z otrębami bez konserwantów itp. syfów pieczony według tradycyjnej receptury), przyprawy, trochę mojej 12 skąłdnikowej mieszanki ziołowej, rękawiczki, drugą parę butów, skarpety filcowe, pasek, 2 kaletki, grzebień, zestaw do rozpalania ognia – hubkę, krzesiowo, krzemień, igły kościane w igielniku, lnianą dratwę, zapasowe rzemienie, czapkę no i plecako śpiwór – oczywiście. Ponownie cały sprzęt sprawił się bez zarzutu, jedynym błędem jaki zrobiłem było niezabranie zapasowych filcowych skarpet – po przemoczeniu pierwszej pary musiałem obejść się bez nich w nocy co było dość nieprzyjemne – bardzo długo zajęło mi zagrzanie stóp na tyle abym mógł zasnąć. Obie pary butów wytrzymały świetnie – do pierwszej, tej którą miałem na Wlinie jako główne obuwie i którą sam zrobiłem, woda wlała się górą – gdyby nie to, buty by zachowały szczelność całkiem niezłą.

Na sam koniec – dziękuję Einarowi za udostępnienie grodu oraz Vargowi za goszczenie naszej ekipy na grodzie. To niesamowicie ułatwiło nam logistykę imprezy – trudno by było liczyć na rozpalenie ognia w innym miejscu…

 

Opis wyprawy wg Fiolnira (2)

Co do tempa marszu – nie sądzę – marsz był co prawda szybki, jednak tempo dyktowali uczestnicy – przystanki były zawsze gdy tylko ludzie sobie tego życzyli, ja sam też kilka przystanków zarządziłem więc to nie o to chodzi. Gudrun zamordowały buty – zbyt twarde i średnio przygotowane – w rezultacie pękł jej paznokieć w dużym paluchu u stopy, doszły zakwasy itd. Co warto zauważyć Gudrun prawie cały dzień szła na samym przedzie dyktując tempo. Drugą osoba która odpadła był Kargen mający już na wejściu problemy z nogą, mimo tego stwierdził, że pójdzie i najwyżej odpuści – tak się stało.

OK – co do warunków – nie można tej wyprawy nazwać zimową nijak – chyba tylko sugerując się tym, że jest luty. Na całej trasie nie było śladu śniegu albo lodu, jedynie błoto w rejonach co bardziej podmokłych, temperatura w dzień – kilka stopni na +, w nocy według mojego odczucia około 0, co najwyżej kilka stopni poniżej, wiatr w normie – w lesie się go zupełnie nie czuło, na równinie – lekki wiaterek, pierwszego dnia zachmurzenie słabe z dużymi przejaśnieniami, drugiego dnia zachmurzenie trochę większe, za to pierwszego dnia dość długo utrzymywała się mgła i wysoka wilgotność, drugiego dnia mgły praktycznie nie było. Co do podłoża – w większości ściółka leśna o dość zwartej konsystencji – liście, igły, mech itd. czasami podłoże piaszczyste – ale tylko w kilku miejscach w widoczny sposób nogi się w piach zapadały, w kilku miejscach – kamienie, co było dość denerwuące, ale i tak nie tak jak asfalt którym trzeba było maszerować pierwsze kilkadziesiąt i ostatnie 300 m Ogólnie typowe warunki polskiego lasu mieszanego. Marsz w większości odbywał się po drogach gruntowych, w kilku miejscach szliśmy na przełaj. Na całej trasie było zaledwie kilka poważniejszych wzniesień. Początek trasy biegł przez łęg o dość dużej wilgotności (zasługa bobrów) jednak błoto itd. zwykle było po obu stronach drogi, jedynie w kilku miejscach błoto faktycznie było trudne do ominięcia – o ile wiem nikt sie nie ślizgał ani nie wywalił podczas całej wyprawy. Na łąkach marsz odbywał się po ubitym terenie tawiastym, czasami po piasku i w jednym miejscu przez „pole ryżowe” jak to ładnie ktoś okreslił – była to trawiasta droga na której stała woda, podobnie było na przyległych polach. W sumie to chyba wszystko. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tego typu trasa to chyba najłatwiejsze co można wymyśleć – dlatego odcinek był zdecydowanie dłuższy niż ten na który bym się zdecydował gdyby marsz się miał odbywać np. w górach albo w terenie pagórkowatym.

Co do palenia ognia – oczywiście masz rację Vislavie, jednak jako, że na zewnątrz była spora wilgotność i trudno było powiedzieć jaka będzie pogoda (zachmurzenie w nocy się zwiększyło), zaś wewnątrz była przynajmniej pewność, że wstaniemy w suchym odzieniu, zatem wybór był dość jasny, dochodził fakt, że spaliśmy na ławkach mając od razu wstępną izolacje od podłoża. Noc – jak mówiłem – nie była zbyt mroźna – nikt nie narzekał na zimno, mimo, że była to dla wszystkich pierwsza noc spędzona w takich warunkach od dawna. Ogień nie był konieczny – przydał się przede wszystkim do ugotowania kaszy z warzywami i mięsem, co się tyczy zaczadzenia Fiodora – nikomu innemu się to nie przydarzyło – on zwyczajnie musi być w jakiś specyficzny sposób bardziej wrażliwy na dym.

Co do skarpet – miałem drugą parę butów, które jednak są za małe aby wcisnąć w nie skarpety filcowe, więc wybrałem pozostanie tylko w wełnianych i ubranie suchych butów – znacznie poprawiło to jakość marszu. W nocy spróbowałem założyć te ledwie wilgotne skarpety filcowe (zostały wyciśniete chwilę po przemoczeniu i wieczorem były już tylko lekko wilgotne w przeciwieństwie do butów), jednak po pół godziny uznałem, że lepiej będzie spać w drugiej parze suchych butów zamiast w filcowych skarpetach – po zmanie zestawu w ciągu 10 minut udało mi się wyeliminować zupełnie uczucie zimna w stopach – myślę, ze gdybym miał je cały czas na sobie to by to mogło wyglądac inaczej bo filc by był od razu ogrzany. Gdyby temperatura była niższa to bym butów nie przebierał, ale przy tych warunkach jasnym było, że nie ma po co kisić drugiej pary butów w plecaku – po to je niosłem w końcu, aby przebrać w razie potrzeby.

 

Opis wyprawy wg Mileny z Axis Mundi

To była moja pierwsza wyprawa. Cieszę się, że udało mi się przejść całą trasę. Wszystkim Wam dziękuję, jesteście świetną kompanią. Ubranie. W czasie marszu miałam na sobie trzy warstwy wełny i zarówno pierwszego jak i drugiego dnia wyprawy chłodniej było mi tylko w czasie postojów; wtedy przydała się czapka i szalik. Na nogach miałam dwie pary skarpet – filcowe i wełniane podkolanówki. Na wszelki wypadek założyłam jeszcze wełniane spodnie, ale nie był to dobry pomysł, gdyż nieco krępowały mi swobodę ruchu. Następnym razem muszę pomyśleć nad innym sposobem ochrony. Może nogawiczki, ale nie jestem pewna ich historyczności. Na wyprawę wzięłam buty większe o ok. dwa numery i szersze. Zdecydowanie przydałyby się nieco węższe, gdyż spracowałam się stawiając kroki ;) Na szczęście żadnych kontuzji nie było, bolały jedynie łydki.

Plecak. Chciałam żeby ramiona były miękkie, więc wszyłam gruby filc (akurat włókniny nie było). Po wszyciu ramiona plecaka okazały się bardzo sztywne i w czasie marszu wżynały się w moje ramiona. Wzięłam wełniany koc i to był błąd (jest bardzo ciężki). Zamierzam na następną wyprawę nabyć koc z koziej wełny. Nocleg. Spałam na ławie na karimatce z filcu, baranku i byłam szczelnie owinięta kocem. Płaszcz chronił głowę od podłoża, ale okazał się niezbędny do zasłonięcia całej głowy przed zimnem. Rękawice bardzo przydały się w nocy. Na kolejną zimową wyprawę mam zamiar uszyć sobie kaptur; ten przynajmniej nie spadnie z głowy w czasie snu Mam nadzieję, że pomysł nie jest zbyt ekstrawagancki, choć nie jestem koczowniczką. Zachwyciłam się kapturkiem Rosamar… Zamierzam uszyć sobie dodatkowo jeszcze jedną tunikę, z krótszymi rękawami, jako warstwę chroniącą w czasie snu. Wyprawa była w pełni udana. I tu chcę podziękować chłopakom, którzy odciążali mnie w czasie marszu. Bez Was byłoby duuużo trudniej.

 

Opis wyprawy wg Radosha z Axis Mundi

Odnośnie logistyki; biję czołem przed Fiolnirem i JaNie. Zaplanowali świetnie, elastycznie, tempo było jak najbardziej dostosowane do możliwości CAŁEJ ekipy.

Strój; miałem trzy warstwy wełny tzn; bielizna (gacie i koszulka), tunika, kaftan i szarawary. Działało bez zarzutu. Nawet w pełnym słońcu „stepu” nie czułem gorąca. Fakt, że postój wychładzał po wzmożonym wysiłku momentalnie, ale tak Allah pory roku ustawił i nie nam z Nim dyskutowac. po prostu należałoby do wora zaraz po zatrzymaniu sięgnąc po płaszcz.

Co do nocy; filcowy materac, koc i chusta na głowie starczyły. (Uwaga – nie sugerujcie się – mam porąbaną termikę) Osobna sprawa to stopy czyli podstawa… Ja miałem cienką „historyczną’ podeszwę, która puściła w dwóch miejscach wodę. niby filcowe skarpety i wełnianki na gołą stopę uchroniły przed zimnem, ale odezwały sie stare kontuzje. Do rozważenia odejście od historyczności na rzecz dopieszczenia naszych wydelikaconych „miastowych”podpór, które jako żywo historyczne nie są.

Transport – ogromne pozytywne zaskoczenie, bo całe bambetle wpakowałem do LNIANEGO wora. Sprawdził się idealnie (przyznaję bez bicia; zawieszenie kopiowaliśmy z worka transportowego US Army, z którego korzystam na codzień) Len wytrzymał, szelki wzmocnione filcem pracowały jak trzeba. Całośc szyłem lnianą dratwą. Wór zrobił 50 km naprawdę wyładowany i wrócił w całości wiernie służąc panu. Muszę tylko dokonac drobnej kosmetyki.

Jedzenie; 600 gram suszonej kiełbasy zjadłem na całej trasie. Oprócz tego sporo orzechów laskowych (hmmm – wyższe spożycie drugiego dnia) w sumie ok 400 gram jak myślę. Poza tym nasze Panie uwarzyły wspaniały eintopf na kolację. Chleb wileński, ciemny bez syfu w rodzaju konserwantów; jedliśmy grupowo, ale na mnie poszło jakieś 200 gram. Zdziwiło mnie małe spożycie wody. Przez 6 godzin wypiłem około litra. Fakt, że za każdym łykiem dokładnie płukałem usta. ogólnie; pierwsza wyprawa, która potraktowałem jako test i nie spodziewałem się, że wyposażenie zadziała tak dobrze. Siadam do roboty nad butami, szyję drugą torbę na ramię i dziękuję ekipie, załodze grodu oraz Allahowi za udaną wyprawę.