Wyprawa zimowa na trasie Olesin-Rynia i z powrotem 9-10 II 2008 r. (1)
Zdjęcia udostępnione dzięki uprzejmości grupy Axis Mundi - dzięki :-)
o i po wyprawie Się udało dotrzeć tam i z powrotem. Niestety tam szło 7 osób (6 strojowych i JaNie - dokumentator + pomocnik przewodnika po cywilnemu), z powrotem poszło jedynie 3 osoby strojowe - wszyscy którzy zrezygnowali musieli to zrobić z przyczyn niedyspozycji różnego rodzaju - 2 osoby z powodu poważnego niedomagania w obrębie kończyn dolnych Do tego doszedł Fiodor który się lekko zaczadził w halli, gdzie paliliśmy dość mokrym drewnem. Ci którym udało się przejśc całą trase to ja, Milena i Radosh. Na uwagę zasługuje fakt, że udało nam się przez 2 dni utrzymać tempo marszu dość konkretne - pierwszego dnia marsz trwał około 6 h, drugiego około 5,5 h. Skąd różnica? Wynikała przede wszystkim z tego, że w pierwszą stronę szło 6 osób więc trudniej było dostosować tempo, częściej zdarzały się postoje, było kilka dłuższych np. wówczas gdy musiałem zmienić buty po tym jak poszedłem nazbierać pałki wodnej na rozpałkę i wlazłem w bagno. Drugiego dnia cel był 1 - dotrzeć do domu. Postanowiliśmy iść po swoich śladach, znaną trasą co podniosło morale i chęć do marszu. W rezultacie pierwszy postój był po mniej więcej 11 km i 2 h marszu - potem tempo z powodu zmęczenia delikatnie spadło, więcej było też postojów. Dodatkowo warto dodać pogodę - wczoraj była wyższa wilgotność oraz fakt, że zjedliśmy lekkie śniadanie - nie raz już obserwowałem, zę łatwiej się idzie po takim posiłku. Noc minęła spokojnie, wszyscy dali radę zimnu, które nie było bynajmniej mniejsze niż na zewnątrz, gdyż ogień na noc został całkowicie wygaszony - ta decyzja była spowodowana koniecznością zredukowania zadymienia i nie moż było tego nijak zrobić inaczej. Dzisiaj wymarsz był około 10:30, do Olesina udało nam się dojść kilka minut po 16 - po drodze kilka razy delikatnie się nam zdarzylo błądzić na dodatek - by było źle gdyby nie magiczna żółta skrzyneczka szamana JaNiego. Cała wyprawa odbyła się zgodnie z realiami historycznymi na tyle na ile było to możliwe - największe ustępstwa dotyczyły używania aparatów - ze zrozumiałych względów oraz piwa - co też dośc łatwo zrozumieć. Osobiście z bagażem szedłem tylko pierwsze 25 km, gdyż całą właściwie jego zawartość stanowiły rzeczy przydatne w nocy do spania, jako, że kilka osób wracało z Ryni zwyczajnie im mój plecak zostawiłem - co istotne - dużo lżejszy, gdyż pierwszego dnia maszerowałem mając na sobie skórznię, cienką tunike wełnianą i koszulę (+ spodnie, skarpetki i buty oczywiście), zaś drugiego szedłem w koszuli, 2 tunikach wełnianych, kaftanie dwuwarstwowym i z dwuwarstwowym kapturem wełnianym - reszta bez zmian. Jako dodatki drugiego dnia miałem bukłak (około 2 l) oraz kociołek mały około 3 l. OK teraz najważniejsze - jak zachowywał się sprzęt. Jako, ze miałem na sobie wyłącznie rzeczy o których przydatności wcześniej na Wolinie zimowym się przekonałem, zatem niosłem (pomijając rzeczy wcześniej wymienione) jeszcze koc (dla Gudrun), 2 płaszcze (1 dwuwarstwowy), suszone mięso (ciągle to samo które miałem na Wolinie), suszone grzyby, kiełbasę (tradycyjną), chleb (czarny z otrębami bez konserwantów itp. syfów pieczony według tradycyjnej receptury), przyprawy, trochę mojej 12 skąłdnikowej mieszanki ziołowej, rękawiczki, drugą parę butów, skarpety filcowe, pasek, 2 kaletki, grzebień, zestaw do rozpalania ognia - hubkę, krzesiowo, krzemień, igły kościane w igielniku, lnianą dratwę, zapasowe rzemienie, czapkę no i plecako śpiwór - oczywiście. Ponownie cały sprzęt sprawił się bez zarzutu, jedynym błędem jaki zrobiłem było niezabranie zapasowych filcowych skarpet - po przemoczeniu pierwszej pary musiałem obejść się bez nich w nocy co było dość nieprzyjemne - bardzo długo zajęło mi zagrzanie stóp na tyle abym mógł zasnąć. Obie pary butów wytrzymały świetnie - do pierwszej, tej którą miałem na Wlinie jako główne obuwie i którą sam zrobiłem, woda wlała się górą - gdyby nie to, buty by zachowały szczelność całkiem niezłą.
Na sam koniec - dziękuję Einarowi za udostępnienie grodu oraz Vargowi za goszczenie naszej ekipy na grodzie. To niesamowicie ułatwiło nam logistykę imprezy - trudno by było liczyć na rozpalenie ognia w innym miejscu...
Opis wyprawy wg Fiolnira (2)
o do tempa marszu - nie sądzę - marsz był co prawda szybki, jednak tempo dyktowali uczestnicy - przystanki były zawsze gdy tylko ludzie sobie tego życzyli, ja sam też kilka przystanków zarządziłem więc to nie o to chodzi. Gudrun zamordowały buty - zbyt twarde i średnio przygotowane - w rezultacie pękł jej paznokieć w dużym paluchu u stopy, doszły zakwasy itd. Co warto zauważyć Gudrun prawie cały dzień szła na samym przedzie dyktując tempo. Drugą osoba która odpadła był Kargen mający już na wejściu problemy z nogą, mimo tego stwierdził, że pójdzie i najwyżej odpuści - tak się stało.
OK - co do warunków - nie można tej wyprawy nazwać zimową nijak - chyba tylko sugerując się tym, że jest luty. Na całej trasie nie było śladu śniegu albo lodu, jedynie błoto w rejonach co bardziej podmokłych, temperatura w dzień - kilka stopni na +, w nocy według mojego odczucia około 0, co najwyżej kilka stopni poniżej, wiatr w normie - w lesie się go zupełnie nie czuło, na równinie - lekki wiaterek, pierwszego dnia zachmurzenie słabe z dużymi przejaśnieniami, drugiego dnia zachmurzenie trochę większe, za to pierwszego dnia dość długo utrzymywała się mgła i wysoka wilgotność, drugiego dnia mgły praktycznie nie było. Co do podłoża - w większości ściółka leśna o dość zwartej konsystencji - liście, igły, mech itd. czasami podłoże piaszczyste - ale tylko w kilku miejscach w widoczny sposób nogi się w piach zapadały, w kilku miejscach - kamienie, co było dość denerwuące, ale i tak nie tak jak asfalt którym trzeba było maszerować pierwsze kilkadziesiąt i ostatnie 300 m Ogólnie typowe warunki polskiego lasu mieszanego. Marsz w większości odbywał się po drogach gruntowych, w kilku miejscach szliśmy na przełaj. Na całej trasie było zaledwie kilka poważniejszych wzniesień. Początek trasy biegł przez łęg o dość dużej wilgotności (zasługa bobrów) jednak błoto itd. zwykle było po obu stronach drogi, jedynie w kilku miejscach błoto faktycznie było trudne do ominięcia - o ile wiem nikt sie nie ślizgał ani nie wywalił podczas całej wyprawy. Na łąkach marsz odbywał się po ubitym terenie tawiastym, czasami po piasku i w jednym miejscu przez "pole ryżowe" jak to ładnie ktoś okreslił - była to trawiasta droga na której stała woda, podobnie było na przyległych polach. W sumie to chyba wszystko. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tego typu trasa to chyba najłatwiejsze co można wymyśleć - dlatego odcinek był zdecydowanie dłuższy niż ten na który bym się zdecydował gdyby marsz się miał odbywać np. w górach albo w terenie pagórkowatym.
Co do palenia ognia - oczywiście masz rację Vislavie, jednak jako, że na zewnątrz była spora wilgotność i trudno było powiedzieć jaka będzie pogoda (zachmurzenie w nocy się zwiększyło), zaś wewnątrz była przynajmniej pewność, że wstaniemy w suchym odzieniu, zatem wybór był dość jasny, dochodził fakt, że spaliśmy na ławkach mając od razu wstępną izolacje od podłoża. Noc - jak mówiłem - nie była zbyt mroźna - nikt nie narzekał na zimno, mimo, że była to dla wszystkich pierwsza noc spędzona w takich warunkach od dawna. Ogień nie był konieczny - przydał się przede wszystkim do ugotowania kaszy z warzywami i mięsem, co się tyczy zaczadzenia Fiodora - nikomu innemu się to nie przydarzyło - on zwyczajnie musi być w jakiś specyficzny sposób bardziej wrażliwy na dym.
Co do skarpet - miałem drugą parę butów, które jednak są za małe aby wcisnąć w nie skarpety filcowe, więc wybrałem pozostanie tylko w wełnianych i ubranie suchych butów - znacznie poprawiło to jakość marszu. W nocy spróbowałem założyć te ledwie wilgotne skarpety filcowe (zostały wyciśniete chwilę po przemoczeniu i wieczorem były już tylko lekko wilgotne w przeciwieństwie do butów), jednak po pół godziny uznałem, że lepiej będzie spać w drugiej parze suchych butów zamiast w filcowych skarpetach - po zmanie zestawu w ciągu 10 minut udało mi się wyeliminować zupełnie uczucie zimna w stopach - myślę, ze gdybym miał je cały czas na sobie to by to mogło wyglądac inaczej bo filc by był od razu ogrzany. Gdyby temperatura była niższa to bym butów nie przebierał, ale przy tych warunkach jasnym było, że nie ma po co kisić drugiej pary butów w plecaku - po to je niosłem w końcu, aby przebrać w razie potrzeby.
Opis wyprawy wg Mileny z Axis Mundi
o była moja pierwsza wyprawa. Cieszę się, że udało mi się przejść całą trasę. Wszystkim Wam dziękuję, jesteście świetną kompanią.
Ubranie. W czasie marszu miałam na sobie trzy warstwy wełny i zarówno pierwszego jak i drugiego dnia wyprawy chłodniej było mi tylko w czasie postojów; wtedy przydała się czapka i szalik. Na nogach miałam dwie pary skarpet - filcowe i wełniane podkolanówki. Na wszelki wypadek założyłam jeszcze wełniane spodnie, ale nie był to dobry pomysł, gdyż nieco krępowały mi swobodę ruchu. Następnym razem muszę pomyśleć nad innym sposobem ochrony. Może nogawiczki, ale nie jestem pewna ich historyczności. Na wyprawę wzięłam buty większe o ok. dwa numery i szersze. Zdecydowanie przydałyby się nieco węższe, gdyż spracowałam się stawiając kroki ;) Na szczęście żadnych kontuzji nie było, bolały jedynie łydki.
Plecak. Chciałam żeby ramiona były miękkie, więc wszyłam gruby filc (akurat włókniny nie było). Po wszyciu ramiona plecaka okazały się bardzo sztywne i w czasie marszu wżynały się w moje ramiona. Wzięłam wełniany koc i to był błąd (jest bardzo ciężki). Zamierzam na następną wyprawę nabyć koc z koziej wełny. Nocleg. Spałam na ławie na karimatce z filcu, baranku i byłam szczelnie owinięta kocem. Płaszcz chronił głowę od podłoża, ale okazał się niezbędny do zasłonięcia całej głowy przed zimnem. Rękawice bardzo przydały się w nocy. Na kolejną zimową wyprawę mam zamiar uszyć sobie kaptur; ten przynajmniej nie spadnie z głowy w czasie snu Mam nadzieję, że pomysł nie jest zbyt ekstrawagancki, choć nie jestem koczowniczką. Zachwyciłam się kapturkiem Rosamar... Zamierzam uszyć sobie dodatkowo jeszcze jedną tunikę, z krótszymi rękawami, jako warstwę chroniącą w czasie snu. Wyprawa była w pełni udana. I tu chcę podziękować chłopakom, którzy odciążali mnie w czasie marszu. Bez Was byłoby duuużo trudniej.
Opis wyprawy wg Radosha z Axis Mundi
dnośnie logistyki; biję czołem przed Fiolnirem i JaNie. Zaplanowali świetnie, elastycznie, tempo było jak najbardziej dostosowane do możliwości CAŁEJ ekipy.
Strój; miałem trzy warstwy wełny tzn; bielizna (gacie i koszulka), tunika, kaftan i szarawary. Działało bez zarzutu. Nawet w pełnym słońcu "stepu" nie czułem gorąca. Fakt, że postój wychładzał po wzmożonym wysiłku momentalnie, ale tak Allah pory roku ustawił i nie nam z Nim dyskutowac. po prostu należałoby do wora zaraz po zatrzymaniu sięgnąc po płaszcz.
Co do nocy; filcowy materac, koc i chusta na głowie starczyły. (Uwaga - nie sugerujcie się - mam porąbaną termikę) Osobna sprawa to stopy czyli podstawa... Ja miałem cienką "historyczną' podeszwę, która puściła w dwóch miejscach wodę. niby filcowe skarpety i wełnianki na gołą stopę uchroniły przed zimnem, ale odezwały sie stare kontuzje. Do rozważenia odejście od historyczności na rzecz dopieszczenia naszych wydelikaconych "miastowych"podpór, które jako żywo historyczne nie są.
Transport - ogromne pozytywne zaskoczenie, bo całe bambetle wpakowałem do LNIANEGO wora. Sprawdził się idealnie (przyznaję bez bicia; zawieszenie kopiowaliśmy z worka transportowego US Army, z którego korzystam na codzień) Len wytrzymał, szelki wzmocnione filcem pracowały jak trzeba. Całośc szyłem lnianą dratwą. Wór zrobił 50 km naprawdę wyładowany i wrócił w całości wiernie służąc panu. Muszę tylko dokonac drobnej kosmetyki.
Jedzenie; 600 gram suszonej kiełbasy zjadłem na całej trasie. Oprócz tego sporo orzechów laskowych (hmmm - wyższe spożycie drugiego dnia) w sumie ok 400 gram jak myślę. Poza tym nasze Panie uwarzyły wspaniały eintopf na kolację. Chleb wileński, ciemny bez syfu w rodzaju konserwantów; jedliśmy grupowo, ale na mnie poszło jakieś 200 gram. Zdziwiło mnie małe spożycie wody. Przez 6 godzin wypiłem około litra. Fakt, że za każdym łykiem dokładnie płukałem usta. ogólnie; pierwsza wyprawa, która potraktowałem jako test i nie spodziewałem się, że wyposażenie zadziała tak dobrze. Siadam do roboty nad butami, szyję drugą torbę na ramię i dziękuję ekipie, załodze grodu oraz Allahowi za udaną wyprawę.